Drugi, po Danielu Miturze, wychowanek z rocznika 90, który przebił się do pierwszej drużyny Wisły Płock. W jej barwach nigdy nie zagrał jednak w ekstraklasie, czego mocno żałuje, ale też nie wyklucza, że w przyszłości tak się nie stanie. Pograł za to w pierwszej i drugiej lidze, w której najlepiej odnalazł się jednak już po opuszczeniu rodzinnego miasta. Wiedział, że jako chłopak stąd może pozwolić sobie na więcej, choć ku swojemu zdziwieniu ta sytuacja dobiegła końca. Uwierzono w niego w Stalowej Woli, skąd po roku obrał kurs na ekstraklasę, w której jest zresztą do dziś. Przed Wami najskuteczniejszy polski strzelec najlepszej ligi świata – Łukasz Sekulski.

Mateusz Lenkiewicz: 15 sierpnia 2016 roku. Pamiętasz co robiłeś tego dnia?
Łukasz Sekulski: W ogóle nie mam pamięci do dat.

Z wysokości trybun oglądałeś mecz Wisła Płock – Jagiellonia Białystok. Za kogo trzymałeś kciuki?
W tym meczu… nie wiem. Bardzo ciekawiło mnie to spotkanie, bo byłem akurat po swoim. Miałem dzień wolny, tych rywali mieliśmy dopiero przed sobą i w sumie… nie skupiałem się na tym. Cieszyłem się po bramce Wisły i po akcjach Jagiellonii również. Z racji tego, że Wisła to mój pierwszy klub, a Jagiellonia – po tylu latach – dała mi szansę w ekstraklasie, warto było przyjść i po prostu obejrzeć ten mecz.

Dwa tygodnie później przyjechałeś na stadiom im. Kazimierza Górskiego ze swoim obecnym klubem Koroną Kielce. Jakoś specjalnie nastawiałeś się na ten pojedynek?
Nie, ale nie będę ukrywał, że dreszczyk emocji był. Dziwnie wjeżdżało mi się do miasta, bo znam je jak własną kieszeń, a przecież przyjeżdżałem autokarem i nocowałem w hotelu. To była dla mnie jakaś abstrakcja – jestem w Płocku i śpię w hotelu, a nie w domu, u rodziny czy znajomych. Noc przespałem spokojnie, ale rano myślę: kurde trzeba będzie zagrać przeciwko Wiśle, schodząc do szatni pójdę w lewo do szatni gości, a całe życie chodziłem w prawo do szatni gospodarzy. Szybko sobie jednak z tym poradziłem. Później była już tylko koncentracja, analiza, odprawa i jedziemy. W końcu jesteśmy profesjonalistami.

W pierwszej połowie to tak jakby w ogóle nie było Cię na boisku.
To fakt, pierwszą połowę mieliśmy słabszą. Oddaliśmy pole gry, ale też momentami mamy nakreślony taki styl. Wiem, że to nie podoba się kibicom, ale mamy dać rywalom grać, wybijać ich z rytmu i usypiać tak, aby dobrze czuli się na naszej połowie. Wtedy można ich skontrować.

Po przerwie miałeś za to właściwie jedną okazję, z podania Stefańczyka, i pewnie ją wykorzystałeś.
Często w takich sytuacjach zawodnik zatrzymuje się, bo myśli, co będę tam biegł rozklepią mnie, staję na środku koła. Ja jednak za tą piłką depnąłem i akurat w tej sytuacji wierzyłem, że będę miał szansę jakkolwiek przeszkodzić chłopakom z Wisły w rozegraniu. Okazało się, że strzeliłem z tego bramkę i znów poczułem się dziwnie.

Przy tym nie okazywałeś radości.
To akurat z szacunku do Wisły Płock. Wszędzie mogę się cieszyć, byle nie na Łukasiewicza 34, jeśli nie mam na sobie stroju Wisły. Jak będę – może kiedyś – w tym „właściwym” stroju to będę się cieszył.

To oczywiście nie był Twój pierwszy mecz przy Łukasiewicza 34. Debiutowałeś w sezonie 2007/2008 nie mając jeszcze 18 lat…
…z Łomżą, wchodziłem z ławki za Sławka Peszko. Takich rzeczy nie ma prawa się zapomnieć. Skończyło się chyba 4-1. Pamiętam, że oddałem piękny strzał z lewej nogi z daleka, aż się złapałem za głowę, ale nie wpadło. Bramkarz wybił na rzut rożny.

Był to jeden z niewielu epizodów w pierwszej Wiśle w tym i kolejnym sezonie, a później udałeś się na wypożyczenie do drugiej ligi do Rakowa Częstochowa.
To był bardzo szalony czas w Płocku. Podejrzewam, że w mojej przygodzie z Wisłą miałem – strzelam – dziesięciu trenerów – a taką decyzję podjąłem za trenera Dariusza Kubickiego. Wiedziałem, że kroi się bardzo mało grania, bo zaciąg był niesamowity. Zresztą jak co pół roku, a ja byłem młodym zawodnikiem, który bardzo chciał grać albo przynajmniej dostawać szanse rozwoju i grania chociaż po parę, paręnaście minut. Przed sezonem przyszedł nowy trener i powiedział: młody nie będziesz grał, ściągam dwóch napastników, tutaj jest jeszcze kilku, będą roszady. Wtedy zadzwonił do mnie trener Leszek Ojrzyński z Rakowa z pytaniem czy bym nie chciał do nich przyjść i pomóc chłopakom, bo on będzie próbował zrobić dobrą drużynę, która postara się zaatakować awans.

Jak wspominasz tamto wypożyczenie? Co Tobie jako młodzieżowcowi dał pierwszy wyjazd poza Płock? Sam bilans – 12 występów i 2 bramki – nie powala na kolana.
Założonego celu nie udało się zrealizować, z wielu powodów. Trenera szybko z Rakowa wyrzucono, bo mówił ludziom prawdę w oczy, a ludzi to bolało. Nie było wynagrodzeń na czas… choć właściwie to nie było nic. Fajny klub z tradycjami, ale dla młodego chłopaka jak nie ma pieniędzy na jedzenie, czy na dojazd na trening to… sorry. Poza tym przyplątała mi się kontuzja, więc pod względem organizacyjnym i piłkarskim nie wspominam tego najlepiej. Trzeba jednak pamiętać, że samemu również popełniało się błędy, ale pomimo tego po powrocie do Wisły czułem się mocniejszy od zawodników, którzy nie byli na takim wyjeździe. Przeszedłem tam szkołę życia i musiałem nauczyć się podstawowych rzeczy, które w domu pewnie zrobiłaby za mnie mama.

Jak mówisz wróciłeś mocniejszy i wreszcie zacząłeś łapać upragnione minuty.
Tak, jak wróciłem trenerem był Jan Złomańczuk, który od początku widział we mnie potencjał i dawał mi grać. Na początku, tak jak wcześniej chciałem, po kilkanaście, kilkadziesiąt minut.

W końcu przyszedł także premierowy gol w pierwszej lidze.
To był super mecz. Wchodzę jeszcze przed przerwą za Artura Wyczałkowskiego, strzelam bramkę kontaktową (na 1-2, po chwili robi się 1-3 – przyp. ML) i kończy się 4-3 dla nas po golu w 93. minucie. Niestety to i tak nie uratowało nas przed degradacją, czego bardzo żałowałem. Jak zacząłem grać w pierwszym składzie to z KSZO Ostrowiec złapałem kontuzję kolana, która wykluczyła mnie z gry na długi czas.

Przez to straciłeś również początek sezonu 2010/2011.
Byłem świeżo po kontuzji, a może nie do końca dobrze przepracowałem rehabilitację. Jak wróciłem to byli też już inni i głównie wchodziłem z ławki na końcówki. Dostawałem 15-20 minut, ale po kontuzji to całkiem sporo, żeby powoli się wdrażać i żeby ta blokada nie tylko w fizyce, ale też w głowie, zniknęła. Człowiek obawia się wejść w ostry, bezpośredni kontakt. Wtedy pamiętam, że mówiłem, że nie mam takiego problemu, ale po dłuższym czasie doszedłem do wniosku, że problem był. Nie byłem ani agresywny, ani nie szedłem na 100%, ale na szczęście awansowaliśmy i w ostatnim meczu z Otwockiem strzeliłem nawet bramkę.

Kolejne rozgrywki zacząłeś od hat-tricka w przedwstępnej rundzie Pucharu Polski. Pomimo poziomu rywala mogło to zwiastować dla Ciebie nadejście lepszych czasów. Tak się jednak nie stało.
Znowu pojawiły się roszady, ściągnięto nowych napastników. Trochę występów uzbierałem, ale prawie w ogóle nie grałem na ataku. Prawa obrona, prawa pomoc, lewa obrona, lewa pomoc – tak rzucał mnie po pozycjach trener Pala. Fajnych ludzi mieliśmy wtedy w drużynie, ale czegoś brakowało i pierwszej ligi nie udało się uratować.

Następnie do Płocka przyszedł trener Marcin Kaczmarek.
I od początku wszyscy zrobiliśmy kawał dobrej roboty.

A Ty w drugiej lidze zostałeś najlepszym strzelcem drużyny.
Ale też grałem 1/3 minut. O miejsce w składzie rywalizowałem z Marcinem Krzywickim i Januszem Dziedzicem, bo trener wystawiał ich w napadzie, a ja byłem dżokerem. Chciałem jednak być na boisku, ale wiadomo – to trener decyduje. Przecież nie pójdę i nie będę go prosił, żeby dał mi grać. Chciałem pokazywać to na boisku i starałem się to robić, a trener jeśli uznawał, że jestem potrzebny to mnie wpuszczał.

Z dziesięciu bramek, sześć strzeliłeś w końcówkach po wejściach z ławki.
I to bardzo cieszyło. Wiadomo, że nie ma co mówić, co by było gdyby, ale w tym przypadku jest duże prawdopodobieństwo, że jakby tych minut było więcej to i bilans bramkowy mógłby być lepszy.

To wszystko zakończyło się awansem na wyższy poziom, gdzie wciąż pełniłeś rolę dżokera, ale przestałeś strzelać i po sezonie opuściłeś szeregi Wisły Płock. Trener Kaczmarek podziękował, czy powiedziałeś koniec z siedzeniem na ławce?
Nie, nie. Bardzo chciałem zostać. Miałem zapewnienie od prezesa Grzegorza Kępińskiego, że nigdy nie da mi zrobić krzywdy. Wierzył we mnie i zapewniał, że będę miał szansę zrehabilitowania się i udowodnienia wszystkim dokoła, że warto na mnie stawiać, dać mi większą szansę grania. Mówił, że kontrakt zawsze będzie podpisany, to dawałoby mi spokój. Niestety za jego władzy i obecnego prezesa Jacka Kruszewskiego nie została mi ta oferta przedstawiona. Wówczas byłem zdenerwowany i smutny, choć nie mogłem wiele wymagać, bo na boisku nie pokazywałem zbyt wiele. Wiadomo, że jako wychowanek do końca liczyłem, że zostanę.

Tym bardziej, że wychowanek to niejako „skarb”, ktoś z kim kibice chcą się identyfikować. O Tobie nie można jednak powiedzieć, że w domu nie dostałeś szansy.
Co więcej ja wiem, że jej nie wykorzystałem. Z drugiej strony ludzie zawsze się oszukują i wierzą, że znów ją dostaną, bo jak jest się wychowankiem to ma się parę procent immunitetu więcej. Jak jest się stąd to z tym klubem jest się zarówno w tych złych momentach i tych najlepszych również. Starałem się zawsze być sobą i myślałem, że tę kolejną szansę otrzymam. Tak się nie stało i było mi naprawdę ciężko, bo Wisła wiedziała, że nie mam żadnej oferty. Zacząłem więc jeździć i się testować.

I przygarnęła Cię Stal Stalowa Wola, której odpłaciłeś się 30 bramkami w drugiej lidze. Co wtedy się zmieniło, że nagle zagrałeś sezon życia?
Wiem o co chodzi. Niektórzy tu w Płocku mówili, że poszedł do Stalowej Woli to przestał balować, zaczął dobrze się odżywiać. Myślę, że przede wszystkim zmieniło się moje myślenie. Poszedłem do drużyny – jakby nie było – biednej i leżąc sobie na łóżku mówię – nie no ja nie mogę tak zakończyć przygody z piłką. Jeszcze nic nie osiągnąłem, a wierzę w siebie, bo wiem, że mam potencjał. Stary bierzemy się mocno do roboty i zaczynamy trenować dwa razy mocniej niż dotychczas. I trenowałem, ale nie oszukujmy się, niektórych treningów nie da się zrobić dwa razy więcej. To wszystko fajnie się jednak zazębiło i poszło z grubej rury. Nie można przy tym zapominać, że był to pierwszy moment w moim życiu, kiedy powiedziano mi: idź chłopiej graj, ja w Ciebie wierzę.

Jako, że doszedłem do nich tydzień przed ligą w pierwszy meczu dostałem pół godziny, w drugim meczu już całość i od tamtej pory czy nie strzeliłem bramki czy strzeliłem powtarzano mi: idź chłopiej graj, ja w Ciebie wierzę.

Potrzebowałeś tego?
Tak, w tym momencie było mi to potrzebne. Przyszedł jeden gol, drugi, trzeci, czwarty, później dwa mecze nie było nic, ale trener Wieprzęć powtarzał: nie patrz w tył, zaraz znów będziesz strzelał. Dostałem takiego pozytywnego kopa, czułem się coraz silniejszy, a później to już rzeczywiście wariactwo. To nie jest może jakieś mistrzostwo świata, ale na tę klasę rozgrywkową było to  już jakieś osiągnięcie.

Tytuł króla strzelców i najlepszego zawodnika drugiej ligi, ale mogło być jeszcze lepiej. Stalówka do końca biła się o awans, a w ostatnim meczu nie wykorzystałeś rzutu karnego.
Długo biłem się z tą myślą, ale chłopacy tłumaczyli mi, że nie ma po co się denerwować. Gdyby nie Ty i Twoja postawa w całym sezonie, to byś się nawet tym karnym w życiu nie miał prawa przejmować, bo by nie było takiej sytuacji, że możemy awansować – powtarzali.

Jestem jednak człowiekiem ambitnym i ta szpilka będzie pewnie siedzieć we mnie do końca życia, bo mogłem odejść w takiej naprawdę „glorii chwały”. I tak zrobiliśmy jednak super wynik (7. miejsce – przyp. ML), wszyscy spisywali nas na straty. Ponoć nie mieliśmy prawa się utrzymać.
W tym ostatnim meczu po prostu najzwyczajniej w świecie nie wytrzymaliśmy presji i byliśmy słabsi od Błękitnych Stargard Szczeciński. Cały mecz nas cisnęli i gdyby ten karny wpadł, to może byłoby inaczej, ale prawdopodobnie i tak by nas dogonili.

Później pojawiły się oferty.
Właściwie to wcześniej też, bo w zimę miałem przejść do Ruchu Chorzów. Latem chciało mnie już przysłowiowe pół ligi, ale z drugiej strony nie ma się co dziwić, bo nic nie kosztuje. Można chłopaka wziąć, może się sprawdzi, a wymagań ogromnych nie ma. Wiek całkiem spoko, Polak, a nóż widelec będzie jeszcze większe bum.

Skusiłeś się na Jagiellonię Białystok. Dlaczego?
Puchary, a poza tym przychodzili tam zawodnicy z niższych lig, którym trener Michał Probierz pomagał wykonać krok do przodu.

Jagiellonia dobra dla młodych i niedoświadczonych z niższych lig – potwierdzasz tę opinię?
Dokładnie. To widać zresztą teraz, gdzie po jednym słabszym sezonie znów robią super wynik i jacy zawodnicy stanowią o sile drużyny.

Ty w Białymstoku od razu dostałeś szansę, zagrałeś w pucharach, w debiucie w ekstraklasie strzeliłeś bramkę… Koronie Kielce.
Dla to dla mnie dobry moment, wystąpiłem w czterech meczach Ligi Europy, byłem pierwszym do wejścia z ławki, co dla chłopaka, który miesiąc wcześniej grał w Brzesku z Okocimskim, było naprawdę dużym wow. W końcu zawsze o takich występach – jak na przykład ten w Nikozji  – marzyłem. Dalej czuję się niespełniony, głodny sukcesu, ale przez wiele lat chciałem zagrać w europejskich pucharach i mi się to udało.

Szybko poszedłeś jednak w odstawkę, a głównym rywalem o miejsce w składzie był Piotr Grzelczak, który raz w życiu przekroczył barierę 10 bramek w sezonie i było to dość dawno, bo w sezonie 2008/2009.
Nie zapomnijmy, że ja przychodziłem rywalizować z Patrykiem Tuszyńskim, ale w piłce nożnej wszystko bardzo szybko się zmienia. On odszedł do Turcji, a za to Jagiellonia wzięła tak naprawdę dwóch zawodników: właśnie Piotra Grzelczaka i Fedora Cernycha. Robi się więc trzech napastników, a nawet czterech, bo jest jeszcze młody Karol Świderski, naprawdę dobry gracz.

Aż taki dobry jak mówią?
Naprawdę, polecam obserwować, bo jak wszystko z głową będzie w porządku, to będzie z niego pociecha. Z drugiej strony nie można też cały czas mówić o tych talentach, bo zauważyłem, że czym się więcej o nich mówi, tym jest trochę gorzej. Widzę to chociażby po Marcinie Cebuli.

Po pół roku na Podlasiu przyszedł czas na wypożyczenie do Kielc, na którym jesteś do dziś. Początkowo w Koronie byłeś tylko rezerwowym. Głównie za sprawą tego, że na dobre rozstrzelał się Airam Cabrera. Wierzyłeś, że po jego odejściu i tak dostaniesz szansę?
Tak. Początek nie był obiecujący, ale przyszedłem do klubu, gdzie bardzo mnie chciano i szukano wzmocnień właśnie na pozycji napastnika. Piłka nożna jest jednak sportem nieprzewidywalnym. Airam start rundy miał wymarzony. Tak mu zażarło, że nie odpuścił tego placu. Chłopacy mówili, że wpadłem z deszczu pod rynnę, ale nawet jak nie było tego grania to najważniejszym było się nie poddać. Na treningu robiłem 100%, bo nie da się więcej. Starałem się dawać z siebie „maxa” i tymi treningami chciałem nadrabiać, bo to jednak nie jest czwarta liga tylko ekstraklasa. Trzeba być gotowym u cały czas czekać, bo te momenty gdzieś przyjdą, kiedy będzie można drużynie pomóc. Wierzyłem bardzo, że dostanę tę szansę z tego względu, że trenerem został Tomasz Wilman i od początku dawał mi znaki, że jak będę ciężko pracował to ją otrzymam i rzeczywiście tak się później stało.

Co w zimę, masz już jakiś plan? Chciałbyś zostać w Kielcach, wrócić do Jagiellonii czy jeszcze o tym nie myślałeś
Skupiam się przede wszystkim na tym co jest tu i teraz. Chcę pomóc zrobić jak najlepszy wynik w Koronie, tym bardziej, że mamy obecnie słabszy moment. W umowie wypożyczenia wpisana jest klauzula odstępnego, a sytuacja jest o tyle skomplikowana, że nie wszystko zależy ode mnie. Jeśli kluby się dogadają, to wtedy tylko ja będę musiał porozumieć się z drugą stroną. Na tę chwilę – tak jak już mówiłem – staram się skupiać na tym co jest tu i teraz, choć wiadomo, że nieraz w luźnej rozmowie, tak jak choćby dzisiaj, człowiek musi chwilę o tym pomyśleć. Mam rodzinę, chciałoby się mieć jakąś stabilizację. Co rok tak przenosić się z kąta w kąt… Taki jest jednak urok tego zawodu. Taka jest piłka, jak będzie trzeba to człowiek będzie dalej w siebie wierzył i jeździł po tym kraju czy świecie.

Jakbyś dostał ofertę z Wisły Płock to zdecydowałbyś się wrócić?
Ogólnie rzecz biorąc, bo nie oszukujmy się, ale na transfer składa się wiele czynników i okoliczności, Wiśle Płock zawsze powiem tak.

A jak myślisz na co stać Nafciarzy w tym sezonie?
Wisła ma bardzo duży potencjał i myślę, że jest w stanie zrobić podobny wynik jak Zagłębie Lubin w poprzednim sezonie. Jeszcze w żadnym meczu nie została przecież zdominowana. Może momentami, ale przez cały mecz na pewno nie.

Powiedz jeszcze jak czujesz się z tym, że jesteś najlepszym polskim strzelcem w ekstraklasie?
A jestem? No jak tak, to szkoda, że w reprezentacji jest Lewandowski, Milik i jeszcze kilku innych dobrych napastników (śmiech). A poważnie to dzisiaj marzę o szóstej bramce w sezonie i kolejnych punktach dla Korony Kielce, bo niedawno mieliśmy trzy zwycięstwa z rzędu, a teraz są trzy porażki.

Wspomniałeś o ostatnich porażkach. Wyjazdowe 0-4 z Łęczną i 0-6 z Cracovią to katastrofalne wyniki, ale odnoszę przy tym wrażenie, że dobrze punktująca, a skazywana wcześniej na najgorsze Korona, poczuła się za mocna i po części stąd te ostatnie niepowodzenia.
Dokładnie, poczuliśmy się piłkarzami i myśleliśmy, że będziemy w stanie z każdym grać otwartą piłkę. Musimy wziąć się w garść, sezon przecież jeszcze się nie skończył. Dopóki jestem w Koronie to zawsze będę mówił i wierzył, że jesteśmy w stanie zająć ósme miejsce na koniec sezonu. Ósme to też jest najgorsze, tyle że w grupie mistrzowskiej.