Wielki Sobota. Wielki mecz. I wielka… klapa. Na boisku. Konkretnie w wykonaniu piłkarzy Wisły Płock. Na trybunach było o niebo lepiej i to właściwie jedyny pozytyw po spotkaniu z Lechem Poznań.

W dwóch meczach przeciwko drużynie Nenada Bjelicy zawodnicy Marcina Kaczmarka – pisząc brzydko – nawet nie pierdnęli. W stolicy Wielkopolski pary starczyło Nafciarzom na około 10. minut. Następnie strata Dominika Furmana w środku pola, szybka kontra, Dawid Kownacki pokonuje Seweryna Kiełpina i goście… stanęli. Do końca meczu nie zdołali się już otrząsnąć i tym samym zagrali najgorsze zawody w pierwszej rundzie.

Teraz niestety było podobnie. Nie tak samo, bo kieleckiej tragedii nie przebije pewnie już nic, ale na pewno było podobnie. O ile w Kielcach płocczanie zostali stłamszeni agresywnością Koroniarzy, to w sobotę widoczna była po prostu różnica klas obu zespołów.

Płocczanie na nogach utrzymali się dłużej niż w październiku 2016, ale takie błędy w kryciu i ocenie sytuacji – Piotra Wlazło i Damiana Byrtka – przy trafieniach Marcina Robaka nie powinny się zdarzać. Tym bardziej, że to nie pierwsze takie błędy tych graczy w tym roku. Przy uderzeniu Radosława Majewskiego Kiełpin nie miał już żadnych szans.

*****

W ostatnim czasie Wiślacy z listy „niemożliwe” zaczęli wykreślać kolejne pozycje. Z Cracovią po raz pierwszy w sezonie 2016/17 zdobyli cztery bramki. Tydzień później w Lublinie odrobili dwubramkową stratę, a co za tym idzie strzelili trzy gole. Wczoraj przegrali różnicą trzech oczek. Porażka najwyższa, dotkliwa, a mogła być pewnie bardziej okazała. W skrócie przyjechała drużyna z topu i zrobiła swoje. Lech to zresztą jedyna ekipa z „czwórki”, z którą płocczanie nie urwali chociażby punktu.

Nie ma jednak… co się dziwić. Trzy celne strzały w dwóch meczach przeciwko poznaniakom to wynik katastrofalny, spowodowany też brakiem – w moim odczuciu – pomysłu na grę. Blisko 10. minut w Poznaniu było fakt. Tam wszystko posypało się po stracie bramki. Wczoraj nie sposób ocenić co było tak jak miało być. W pewnym momencie – przed golem na 0-1 – wydawało się, że Wisła może przejąć inicjatywę na dłużej, że Lech mógłby nawet świadomie się jej pozbyć, ale nie skorzystano z okazji, a skończyło się to jak się skończyło. Poznaniacy wzięli sprawy w swoje ręce, a płocczanie nieudolnie próbowali stawiać opór. Na więcej w spotkaniach z Kolejorzem nie było ich stać.

Po części także przez to ani razu nie udało się zaskoczyć Matusa Putnockiego, który został pierwszym golkiperem niepokonanym w obu potyczkach z Wisłą Płock. Jednocześnie Robak to jedyny gracz z bramkami w obu spotkaniach z płockim beniaminkiem i jedyny, który trzy razy pokonał Kiełpina. Wcześniej dwukrotnie zrobili to: Patryk Lipski (Ruch Chorzów), Grzegorz Kuświk (Lechia Gdańsk) i Jakub Kiełb (Korona Kielce).

*****

Sobotnia porażka dla wielu może być zapewne „wielkim rozczarowaniem”. Dla mnie tak jak napisałem we wstępie to „jedynie” wielka klapa. Były huczne zapowiedzi, był komplet widzów na trybunach, najwyższa frekwencja i dobra atmosfera. Nie było tylko korzystnego rezultatu, którym w ciemno byłby remis.

Kibice mają to do siebie, że wpadają ze skrajności w skrajność. I tak wyciągnięte 3-2 z Górnikiem Łęczna, po beznadziejnej pierwszej połowie, to wielki powód do radości, a 0-3 z Lechem Poznań w zasadzie do wielkiej rozpaczy. Pozytywów na murawie w końcu nie zaobserwowano, a Nafciarze utrudnili sobie życie.

Na dziś nie są oni jednak jeszcze zależni od innych, ale Zagłębie Lubin i Bruk-Bet Termalica Nieciecza swoje mecze rozegrają w poniedziałek. W najgorszym wypadku Wisła zjedzie na 10. miejsce, choć nie straci szans zapewnienie sobie spokojnego bytu i realizację celu, jakim na ten sezon jest utrzymanie. Ale czy aby na pewno nic się nie stało?