Mecze „o pietruszkę” mają to do siebie, że nie do końca wiadomo czego się po nich spodziewać, choć w sumie to prędzej niczego niż czegoś wielkiego. Co prawda spotkanie Wisły z Zagłębiem było starciem, które może przesądzić o zwycięstwie w grupie spadkowej, ale obie drużyny nic już nie musiały i szczególnie gospodarze długo zbierali się do gry.

Wiemy też na pewno, że Marcin Kaczmarek nie zmienił nic w porównaniu z dobrym w wykonaniu jego zawodników spotkaniem z Arką Gdynia, którym płocczanie zapewnili sobie utrzymanie. Można odebrać to za sygnał gramy o lidera grupy tym co mamy najlepsze. Piotr Stokowiec postąpił inaczej, dał odpocząć kilku zawodnikom z pierwszej „11” i… lepiej na tym wyszedł. Zmiennicy mieli jakby więcej ochoty do gry.

Dzięki ich postawie Zagłębie szybko przejęło inicjatywę i – częściej – atakując prawą stroną łatwo przedostawało się pod pole karne gospodarzy. W 19. minucie po podaniu Krzysztofa Janusa świetną okazję miał Jakub Tosik, ale Mateusz Kryczka popisał się jeszcze lepszą interwencją. Była to w zasadzie najlepsza sytuacja w całej pierwszej połowie. Tosik bramkę zdobył natomiast po dośrodkowaniu Janusa z rzutu rożnego, czyli tak jak pisałem w zapowiedzi: „Błysk skrzydłowych i stałe fragmenty gry. Przepis na bramki w Wisła – Zagłębie.” 

Miejscowi do tego czasu nie zagrozili zbytnio Martinowi Polackowi, a gdy po pół godzinie zaczęli się budzić to stracili gola do szatni. Drugą część lubinianie również zaczęli lepiej, co potwierdzili trafieniem na 2-0 Adama Buksy w 61. minucie. Tutaj trzeba zganić Kryczkę, który w drugim z rzędu meczu w Płocku odbija piłkę przed siebie, a rywal nie ma problemów ze skierowaniem jej do siatki.

Nafciarze na drugą zdobycz przyjezdnych odpowiedzieli dość szybko. W 70. minucie najlepiej w „szesnastce” odnalazł się… Kamil Sylwestrzak, który zachował się jak rasowy snajper i pokonał słowackiego golkipera Miedziowych. Wiślacy do końca dążyli do zmiany wyniku, ale jednocześnie narażali się na kontry. Ani jednym ani drugim nie udało się jednak zmienić już wyniku i spotkanie zakończyło się zasłużoną wygraną gości (2-1).

Zagłębie zostało więc liderem grupy spadkowej (31 punktów) i w rundzie finałowej cały czas jest niepokonane (3 zwycięstwa, 2 remisy). Wiśle z kolei nie udało się po raz trzeci ograć lubinian. Dwoma zespołami, którym płocczanie nie dali się pokonać, a grali trzykrotnie, pozostały znajdujący się w strefie spadkowej: Arka Gdynia i Ruch Chorzów. Trzecim – 2 czerwca – może zostać Śląsk Wrocław.

Swoją 1 porażkę po podziale punktów gracze z Płocka ponieśli więc dopiero w 5 meczu, ale jednocześnie była to dopiero:

– 5 porażka w rundzie rewanżowej (20. kolejek):

Fot. 90minut.pl

– 4 porażka w 2017 roku (15. kolejek):

Fot. 90minut.pl

oraz taka, która zakończyła drugą w tym sezonie serię 5 meczów bez porażki:

Fot. 90minut.pl

W przyszłych rozgrywkach jest co poprawiać, choć jak widać Wisła Płock nauczyła się ekstraklasy w stopniu zadowalającym. Warto pamiętać, że po 15. kolejkach Nafciarze byli na ostatniej bezpiecznej czternastej pozycji zdobywając średnio 1,06 punktu na mecz:

Fot. 90minut.pl

a najprawdopodobniej zakończą ligowe zmagania w „dziesiątce”, co będzie wyrównaniem najlepszego w historii wyniku płockiego beniaminka po awansie z sezonu 2002/03. Myślę, że jest się z czego cieszyć.